czwartek, 24 lipca 2014

Do urlopu został tydzień. Jak zrzucić 9 kg? Kochani, pomocy!

Nic nie śmieszy mnie bardziej niż cudowne diety cud pod tytułem UPRAGNIONA SYLWETKA W TRZY TYGODNIE! Ostatnio natrafiłam na `ciekawą` propozycję firmy, oferującej nam pakiet odchudzający w wysokości połowy wypłaty najniższej krajowej. Co magicznego proponują? Że schudniesz w trzy tygodnie osiem kilo i zmieścisz się w upragnione dżinsy. Oczywiście bez wysiłku w postaci sportu i bez efektu jojo. Skoro to takie skuteczne to dlaczego na ulicach wciąż tyle ludzi z nadwagą? Zrzucenie wagi nie jest problemem, to chodzi o to, żeby ją utrzymać. Super pakiet oferował nam jakieś pseudo potrawy w proszku, którymi zastępujesz normalny posiłek, plus preparat zmniejszający apetyt, środki przeczyszczające i krem rzekomo zmniejszający cellulit. Podsumowując: przez trzy tygodnie dostarczasz głodowe ilości kalorii. Czy to taki cud, że schudniesz? Dłużej niż trzy tygodnie organizm zwyczajnie nie pociągnie, więc jeśli chcesz przeżyć MUSISZ ZACZĄĆ JEŚĆ. Więc siłą rzeczy przytyjesz, bo skoro dotychczas nie jadłeś nic to teraz COKOLWIEK będzie przez Twój organizm magazynowane, na wypadek następnej głodówki. A jeśli złożysz reklamację? No jak to?! My Panią odchudziliśmy, to Pani zaczęła jeść. A co z magicznymi wczasami odchudzającymi? Nie skłamię mówiąc, że to samo. Przez tydzień intensywnie ćwiczysz, zjadasz minimalną dawkę kaloryczną i śpisz odpowiednią ilość godzin. Oczywiście chudniesz. Jednak dbanie o sylwetkę nie może być sensem życia samym w sobie. Prócz tego masz milion innych spraw na głowie jak praca, szkoła, dzieci. Nie sposób jest koncentrować całego swojego czasu na pracę nad sylwetką bo życie tak nie działa. Wracając do domu po odchudzających wczasach nie dasz rady ćwiczyć cztery godziny dziennie, pewnie dlatego, że przez osiem siedzisz na uczelni, nie licząc dojazdu i powrotu. Więc znów tyjesz. Twoja wina? Oczywiście, że nie. Jesteśmy ludźmi a nie maszynami nakręconymi na spalanie kalorii. Jakie więc wnioski? Za nadprogramowymi kilogramami kryje się konkretny styl życia, którego efektów nie sposób pozbyć się w kilka dni. Jeśli ktoś myśli, że zastosuje drastyczną dietę a po osiągnięciu wymarzonej wagi wróci do dawnych nawyków bez większych konsekwencji to jest w błędzie. #sprawdziłam. Co więc robić? Sposób jest jeden i dla wszystkich ten sam. Mniej radykalny i zdecydowanie bardziej rozciągnięty w czasie, ale inny nie istnieje. W każdej chwili możesz zacząć.

ŚNIADANIE godzina 8.30

MIĘDZY POSIŁKAMI
Smoothie bananowy
1 banan
100 ml mleka
100 ml soku pomarańczowego
3 łyżki jogurtu greckiego
kostki lodu
Wszystkie składniki umieścić w blenderze i miksować na wysokich obrotach przez około minutę. 

OBIAD godzina 14.00
Kurczak w sosie jogurtowo-koperkowo-czosnkowym, warzywa na parze.

MIĘDZY POSIŁKAMI
Dlaczego warto jeść fasolę?
Rośliny strączkowe to doskonałe źródło białka roślinnego, mają też duże znaczenie w budowaniu i kondycji włosów, skóry i paznokci. Fasola jest bogata nie tylko w błonnik ale też w wiele składników mineralnych takich jak magnez, wapń czy żelazo.

KOLACJA godzina 19.00

NATURALNY SPALACZ TŁUSZCZU
Ostatnio dość często dostajemy wiadomości z pytaniem o to jakie naturalne składniki wspomagają proces odchudzania. O ile nie wierzymy w magiczną siłę chemicznych mieszanek rodem z pracowni Frankensteina, o tyle odpowiednio skomponowane zioła są w stanie wspomóc spalanie tłuszczu. Wypróbowałyśmy dość dużo preparatów i tym, którego możemy Wam polecić jest Slimtox.
Ogranicza apetyt, przyspiesza metabolizm a w połączeniu z dietą i sportem daje naprawdę zadowalające efekty.
Polecamy szczególnie tym, których waga (mimo wysiłków) stoi w miejscu. 


wtorek, 22 lipca 2014

Wehikuł czasu, czyli miłość z czasów podstawówki.

W podstawówce panowała moda na zakładanie `złotych myśli`. Zwykle ktoś, komu powierzało się sekretny zeszyt zapominał o jego oddaniu więc w praktyce po szkole krążyło zwykle kilka egzemplarzy z Twoim nazwiskiem w rubryce `właściciel`. Nagle z niewiadomych przyczyn okazywało się, że posiadasz takie cztery. I nie byłoby w tym nic głupiego gdyby nie fakt, że z pomysłowością bywało różnie, więc pytania wszędzie te same. Osobiście posiadałam trzy tego typu pamiętniki. Wszystkie trzy do dziś bezpiecznie spoczywają na dnie kartonowego pudła. Niektórzy dołączali zdjęcia, zaginali rogi albo dorzucali jakieś małe prezenciki. Z tych ostatnich zawsze cieszyłam się najbardziej, choćby to była naklejka z pokemonem. Moje sztampowe pytanie? Numer siedem: JAKI JEST TWÓJ WYMARZONY CHŁOPAK? Nie wiem czy zawiodła moja umiejętność formułowania pytań czy raczej czytanie ze zrozumieniem ale dzieci odpowiadają: PIOTREK B. Z IVc. Po co się rozdrabniać, czyjeś imię może być wystarczającą definicją ideału. A ja chciałam być taka poetka romantyczka. Skąd to wiem? Bo wpisałam się sama sobie. JAKI JEST TWÓJ WYMARZONY CHŁOPAK? Patrycja Bukowska z Vc odpowiada: wysoki opalony brunet, żeby grał w piłkę nożną, chodził ze mną do kościoła i mnie nosił na rękach hihi (zachowuję oryginalną pisownię, hihi). Patrycja z Vc nigdy tego bruneta nie spotkała. Kilka miesięcy później i jeden egzemplarz złotych myśli więcej i znów to samo pytanie. Ale odpowiedź już inna. Patrycja Bukowska z (prawie) VIc odpowiada: przystojny, z poczuciem humoru, lubi zwierzęta, wysportowany i żeby świata poza mną nie widział. A jak odpowiada Patrycja Bukowska lat 23? przystojny,z poczuciem humoru, lubi zwierzęta, wysportowany i żeby świata poza mną nie widział! Zajęło mi to dziesięć lat, żeby zrozumieć, że najlepszym lekarstwem na kompleksy, troski i smutki jest kochający mężczyzna. I naprawdę niewiele pożytku z jego sportowych umiejętności, opalonej twarzy czy katolickich pociągów gdy nie czujesz się przy nim najpiękniejsza na świecie. 

Wszystkich tych, których głupoty i głupotki na wieki utknęły w moich złotych myślach, zapraszam na dni otwarte. 
Jeśli czyjaś wizja ideału również uległa zmianie z biegiem lat - można skreślić i wpisać się od nowa.

ps. Pokemony nadal mile widziane.

Napisała: Pati.
Zdjęcia: Marsi.
Na zdjęciach: Pati.

sobota, 19 lipca 2014

Jak nie zarobisz dużo to się obrażę.

Ostatnimi czasy mam wątpliwą przyjemność doświadczania materializmu w czystej postaci. To nie chodzi o to, że zależy Ci na rzeczach materialnych, że lubisz gdy wystarcza do pierwszego,  nie musisz się zastanawiać, którą czekoladę wziąć tylko bierzesz tę,  na którą masz ochotę. Ta forma 'materializmu' jest jak najbardziej normalna i raczej przypisana do naszej ludzkiej, próżnej natury. Chodzi mi o to, gdy patrząc na pieniądz przestajesz widzieć człowieka stojącego obok. Przykre jest, gdy dzieje się to tuż obok Ciebie.  Legendy o naciągaczkach polujących w warszawskich klubach na starych, bogatych mężczyzn znane są w każdym kręgu towarzyskim. Legenda ma to do siebie, że wszyscy wiedzą a nikt nie widział. A tymczasem takie historie dzieją się na moich oczach. Z jednej strony dociera do mnie opowieść o zapomnianej znajomej,  której miłość do chłopaka jest wprost proporcjonalna do jego hojności. Owa znajoma wcale nie ukrywa, że swoje szczęście ściśle wiąże z hajsem własnego chłopaka. Im on więcej zarobi tym ona bardziej zakochana. Kolejna historia,  gdy pracodawca postanawia 'odciąć' posiłki dla personelu, choć jest właścicielem restauracji, posiada kilkanaście innych interesów a jego dzienny dochód wynosi tyle,  ile wszyscy pracownicy razem wzięci nie zabraniają przez tydzień. Potem kobieta, której córka dzwoni z informacją,  że jest w szpitalu bo miała wypadek prowadząc ich nowo kupionego mercedesa. A CO Z SAMOCHODEM? Słysząc takie pytanie zaczynasz żałować,  że to samochód ucierpiał a nie Ty.To właśnie jest materializm.  Ten w najczystszej postaci,  najbardziej szkodliwy i przykry dla ludzkości. Tępe panny naiwnie szukające pocieszenia w portfelach innych są żałosne choć nieszkodliwe. Gorzej gdy tkwisz w takim układzie choć wcale o tym nie wiesz. Nawet nie trzeba mieć Super dużo,  by znaleźli się wokół Ciebie ludzie, którzy chcą na tym zażerować.  Jak to się dzieje,  że z dobrych ludzi wychodzi monetarna hiena,  gdy zaczynają się bogacić?

Z życzeniami dla wszystkich naiwnych,  którzy tak jak ja doświadczyli w swoim życiu podłości materialistów. Pocieszając siebie i was powiem, że KARMA WRACA.


Napisała: Pati.
Na zdjęciach: Marsi
Zdjęcia: Pati.
Sukienka: Mr. Gugu & Miss Go

środa, 16 lipca 2014

Fit fabric.

Kilka dni temu wieczór spędzałam na rozmowie z koleżanką. Obmawiałyśmy dość powszechny problem - jakie to skomplikowane poznać kogoś FAJNEGO. Słowo fajny oznacza tyle co nic, ale innego znaleźć nie potrafię. Kobiety na całym świecie borykają się z problemem jakim jest myśl, że pozostają samotne bo nie są wystarczająco dobre, bo nie zasługują, bo mają za dużo wad i niewystarczająco się starają. Wydaje nam się, że jak schudniemy, kupimy nowe buty, wyrzeźbimy brzuch albo pozbędziemy się cellulitu to miłość spłynie z nieba. W końcu faceci to wzrokowcy (jak każdy człowiek zresztą) więc dużo chętniej zainteresują się wysportowaną laską z siłowni niż zapyziałą klientką fast fooda. Magiczne słowo- PIĘĆ KILO! Więc się tej mojej koleżanki pytam, po co? A ona mi odpowiada: bo się nie mieszczę w stare spodnie, nie podobam się sobie w bikini i nie czuję się pewnie. Z doświadczenia wiem, że pięć kilo to niby nic a potrafi bardzo zakrzywić postrzeganie siebie samego. Oczywiście kibicuję jej i wspieram, gdy tylko o to poprosi, ale do jej listy DLACZEGO BIORĘ SIĘ ZA SIEBIE dorzuciłabym jeszcze kilka podpunktów. Świadomość tego, że masz jakieś reguły, jesteś zdyscyplinowany i potrafisz się kontrolować sprawia, że zaczynasz patrzeć na siebie przychylniej. Nic tak człowieka nie wyprowadza z równowagi jak złość na samego siebie i to, że nie potrafisz nad sobą zapanować. To nie chodzi o pięć kilo, to chodzi o to, żeby zacząć. Poziom szczęścia nie wzrośnie dwukrotnie w dniu, gdy waga wskaże upragnione PIĘĆ KILO MNIEJ. Zadowolenie z siebie to raczej długotrwały proces, który charakteryzuje się tym, że nie dzieje się z dnia na dzień. Upragniony FAJNY CHŁOPAK nie docenia pięciu kilo mniej, docenia to, że się uśmiechasz, pewnie się czujesz, lubisz siebie, innych i (nawet!) nie narzekasz.

Pracę na sobą może umilić nasz dzisiejszy pomysł na obiad.

Kotleciki z kaszy gryczanej i tuńczyka.

Czego potrzebujemy?
puszka tuńczyka w sosie własnym
woreczek kaszy gryczanej
opakowanie serka śmietankowego
pół cebuli
dwa ząbki czosnku
sól, pieprz,

Jak to zrobić?
1. Kaszę gryczaną ugotować wedle instrukcji na opakowaniu.
2. Cebulę podsmażyć na łyżce oliwy.
3. Czosnek drobno posiekać.
4. Tuńczyka odcedzić i przełożyć do dużej miski. Następnie do tej samej miski dodać resztę składników i dokładnie wymieszać.
5. Uformować kotlety.
6. Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 st.C przez ok. 10 minut.