Jeszcze sport czy już soft porno ?

Jeszcze sport czy już soft porno ?

Piękna wysportowana sylwetka, kobiece krągłości i smukła figura to zdecydowanie jedna z tych rzeczy, na które miło się patrzy. Warto się tym chwalić i pokazywać innym: zobacz ja dałam radę, Tobie też się uda! Jako trenerki i propagatorki zdrowego stylu życia jesteśmy ostatnie do rzucania kamieniem w stronę osób, które kochają swoje figury i nie wstydzą się tego pokazać. Myślę, że to właśnie dzięki takim ludziom fit trend stał się tak zauważalny w naszym kraju a co za tym idzie, jesteśmy dużo zdrowsi, szczęśliwsi i spełnieni. Sport kształtuje nie tylko formę ale też charakter bo uczy walczyć z własnym lenistwem. O tym, co jest jeszcze motywujące a co już bulwersujące nie możemy decydować bo to kwestia indywidualna, a w dobie dzisiejszego rozwoju social mediów, granica ta bardzo się przesunęła. Pamiętam jak w 2002 r. w telewizji TVN wyemitowano odcinek, w którym Frytka uprawia seks w wannie. Co prawda możemy tylko przypuszczać, że do tego doszło, w końcu szczegółów nie pokazano a wszystko przysłaniała piana. To jednak wystarczyło, aby cały kraj obiegł skandal, aby rodzice zabronili swoim dzieciom dalszego śledzenia przygód bohaterów tego reality show a Frytce do końca życia przypięto łatkę ladacznicy. W roku 2002 chodziłam do 4 klasy i jak dziś pamiętam, kiedy Pan Katecheta pouczał nas o tym, że to szatański program a jego oglądanie wiąże się z poważnym grzechem w przypadku dzieci. Ciekawa jestem co dziś powiedziałby ten sam Pan Katecheta na obowiązujące wśród dzieci trendy. Moja nastoletnia kuzynka, dzięki youtubowym i snapchatowym treściom, wie czym są korki analne i do czego służy wibrator a ostatnio uparła się na to, że chce iść na koncert pewnego rapera, który nawija: "ja mam Diory na sobie albo suki na sobie". Można odciąć dzieci od niedozwolonych treści, ale funkcjonując w grupie to normalne, że od modnych tematów nie da się uciec. Cioci pozostaje więc modlić się, aby jej córce nie przyszło do głowy pozostać jedną z tych suk.

Mistrzostwa świata w piłce nożnej to bardzo gorący czas. To nie tylko czas na sportowe emocje ale również okres, kiedy z zapałem śledzimy losy kolejnych stadionowych miss, kupujemy w ilościach hurtowych chipsy i piwko oraz słuchamy zagrzewających do walki utworów. Jedną z najgłośniejszych tego typu twórczości jest utwór "Biało Czerwone" Sióstr Godlewskich, który zapisze się na kartach polskich skandali zaraz obok erotycznej kąpieli w wannie. Streszczając: dwie kobiety o pięknych figurach pomalowane w stylu body painting, kibicują Naszym z flagami i piłką na zielonej murawie. To taki łagodny opis sytuacji, po realny stan rzeczy odsyłam do twórczości.


O tym, że wulgarne, ordynarne i zakrawające o soft porno pisać nie będziemy bo powiedzieli to już wszyscy a my nie lubimy powtarzać po innych. Nasz punkt widzenia jest nieco inny. Czy rozumiemy pobudki sióstr, kierujące nimi przy wykonywaniu tego utworu? Rozumiemy. To piękne, zgrabne i z pewnością niegłupie dziewczyny ale dopuszczając się sukcesywnie drobnych a potem coraz większych skandali stajemy się więźniami swojego własnego wizerunku. Będą w samym środku takiego zamieszania czasem trudno jest połapać się w tym, co jest jeszcze kontrowersyjne a co już cholernie porąbane. Do tego dochodzi rozpoznawalność, atencja wszystkich mediów, może jakiś pieniądz i pranie mózgu gotowe. Stajesz się uzależniony od ciągłego przesuwania granicy bo wydaje Ci się, że w przeciwnym wypadku świat o Tobie zapomni. Czy rozumiemy, co kierowało telewizją, chcącą wspierać tego typu projekt? Rozumiemy. Bo kontrowersja w telewizji jest dla stacji najlepszą formą reklamy a większa ilość widzów to większa kasa. Czy rozumiemy, co kieruje mediami, portalami i gazetami, chcącymi o tym pisać? To samo. Karmienie trolla przekłada się na klikalność a to znów na kasę. Ludzie szukają skomplikowanych sposobów na zarobienie pieniędzy a patent jest zawsze ten sam: znajdź człowieka, który dla sławy i pieniędzy zrobi wszystko a sukces murowany. Stąd taka popularność programów typu Warsaw Shore, Ex na Plaży czy pato streamerów, którzy dla lajków rozbijają sobie butelki na głowie i do nieprzytomności upijają się przed kamerkami. A czy rozumiecie nas, piszące na ten temat posta? Pewnie nie, ale już Wam wyjaśniamy. Może niewiele osób wie, ale jedna z wymienionych piosenkarek ma pięknego synka, którego z pewnością kocha najbardziej na świecie. Jako najlepsza mama dla swojego dziecka z pewnością przeciwna jest szerzeniu patologii wśród dzieci i skazywaniu ich na przykrości, wynikające z głupoty rodziców. Życie wśród rówieśników w wieku szkolnym jest bardzo brutalne i nie zostawia jeńców. Jako osoby jakoś tam rozpoznawalne, jako kobiety i przyszłe matki nie godzimy się na to, aby wychowawcy wpajali swoim pociechom takie wartości. Nie godzimy się na przedstawianie godła, barw narodowych a przede wszystkim wizerunku kobiety w takim świetle. Nie naszą rolą jest wychowywanie cudzych dzieci ale jeśli możemy zaznaczyć, że coś jest według nas nieetyczne, to korzystamy z tej możliwości. Rodzice, uczcie dzieci szacunku do zwierząt, osób starszych i wartości narodowych i bądźcie dla nich przykładem. To nie jest kwestia tego, że żyjemy w XXI wieku  bo ludzi od zawsze kręciły skandale. Z pewnością jednak sposób rozpowszechniania informacji drastycznie uległ zmianie i nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia  z taką dostępnością do Internetu, będącego absolutna rewolucją w kwestii przekazu informacji. O ile jakaś postawa niepożądana społecznie występuje gdzieś tam w kręgu regionalnym to nie mamy z tym problemu- niech każdy robi na swoim podwórku co chce. Ale budowanie ogólnokrajowej rozpoznawalności na tego typu wyczynach przestaje być śmiesznym dziwadełkiem internetowym a zaczyna być tematem dyskusyjnym i jedyne co możemy zrobić, to wyrazić naszą dezaprobatę. Z jednej strony skandale budują szum medialny i my w tym momencie również go podgrzewamy ale z drugiej strony podkreślenie tego, że tego typu wizerunek jest skręcaniem w bardzo negatywną stronę może pomóc nakierować duże grupy osób, gotowe wejść na podobną drogę w celu wybicia się ponad przeciętność. I nie zgadzamy się, że wyrażanie niechęci do danej osoby publicznej tylko podgrzewa jej popularność, bo skromne doświadczenie showbiznesowe pokazało nam, że otwarta niechęć społeczna była w stanie powstrzymać popularność niejednej gwiazdy.

Ps. Ostatnio czytałyśmy bardzo ciekawe badania, w których ankietowano młodzież wczesnoszkolną. Dzieciaki, na pytanie: kim wolałbyś zostać, przedsiębiorcą czy stylistą Kim Kardashian, tłumnie zaznaczały to drugie. Bez wątpienia więc mamy do czynienia z nowym zjawiskiem, w którym popularność i zainteresowanie jest cenniejsze niż inne wartości. Przynajmniej nie powiedzą o Tobie, że jesteś nikim.
Moje problemy z cerą. Szczera spowiedź.

Moje problemy z cerą. Szczera spowiedź.

Moja pierwsza krosta (bo nie lubię określenia pryszcz, ale nie ma co ściemniać, są to po prostu pryszcze) wyszła mi jakoś w drugiej gimnazjum. Miałam wtedy 15- 16 lat. Od tamtej pory moja cera przeżywa gorsze i lepsze chwile, ale jeszcze nigdy nie było okresu dłuższego niż trzy miesiące, kiedy cieszyłam się czystą buzią bez jakichkolwiek zmian. Odwiedziłam wielu specjalistów, którym z perspektywy czasu chętnie odebrałabym uprawnienia bo "kuracje" na jakie mnie skazywali niejednokrotnie sprawiały, że przechodziłam piekło. Maści wręcz wypalające skórę i zostawiające przebarwienia, kremy, po których stosowaniu cerę miałam tak tłustą, że nie mogłam nawet pomalować oczu bo wszystkie kosmetyki mi się odbijały, kuracje hormonalne, gdzie piersi tak mnie bolały, że nie mogłam ich dotknąć albo miałam okres dzień w dzień przez miesiąc czasu... Mam wrażenie, że wszystkie te nieudolne próby i błędy sprawiły, że moja gospodarka hormonalna jest tak rozregulowana, że już nigdy nie będę miała gładkiej skóry (choć chcę wierzyć, że to się jeszcze zmieni). Pamiętam wizytę u pewnej Pani dermatolog. Za całe 200 zł dowiedziałam się, że muszę odstawić słodycze i tłuste jedzenie, pić więcej wody i jeść warzywa oraz zacząć chodzić bez makijażu. Usłyszała to osoba, która w tamtym czasie byłą wegetarianką, cukier jadła raz w tygodniu w postaci gałki loda i wypijała 3 litry wody dziennie. Sugerowałam Pani Doktor, że swoje rady kieruje do niewłaściwej osoby bo ja to wszystko robię. Usłyszałam, że widocznie za mało, po czym otrzymałam zalecenie zakupu pianek i toników pewnej marki, z którą Pani Doktor współpracowała (nie wiem czy wiecie, ale lekarze często przepisują dany produkt bo zwyczajnie w świecie mają procent od sprzedaży). Oczywiście te marne produkty w niczym mi nie pomogły, Pani Doktor skasowała dwie stówki i poszła do domu a gdy zadzwoniłam po miesiącu powiedzieć, że jej zalecenia nie działają i czy mogłabym prosić o uzupełnienie naszej wizyty to usłyszałam, że oczywiście, za kolejne dwie stówki. Warto dodać, że była to prywatna renomowana przychodnia obok siłowni, do której regularnie chodzę. Podobnych przygód było wiele. Pamiętam, że stresowały mnie wyjazdy klasowe na basen, studniówkowy bal czy zajęcia wfu. Na biwakach spałam w makijażu. Wolałam obudzić się z napuchniętą i obolałą twarzą niż publicznie pokazać się w takim stanie. Najbardziej stresujące były dla mnie publiczne wyjścia, gdzie flesze obnażają każdy mankament. Często miałam wrażenie, że ludzie w rozmowie ze mną nie widzą niczego więcej, poza czerwonymi punktami. Dodatkowym problemem okazał się fakt, że psychicznie nie dźwigałam problemu. Nie wiem czy koś z Was słyszał o trądziku neuropatyczym. Jest to postać trądziku o podłożu psychicznym, kiedy zmiany zaostrzają się dodatkowo przez ciągłe skubanie i rozdraptywanie krost. Wiem, co czują wszystkie osoby żyjące z trądzikiem, wiem jakie mają myśli, jak ciężko jest im o samoakceptację i z jaką zazdrością spoglądają na osoby, które nigdy nie doświadczyły tego problemu. Dziś jestem dużo starsza, inaczej patrzę na sytuację i nareszcie czuję, że chyba nie muszę już się z tym kryć. Chciałabym przekazać swoje słowa wsparcia wszystkim tym, którzy borykają się z własnymi kompleksami. Nieważne czy jest to krzywy zgryz, brzydki nos, nadwaga, rozstępy czy zakola, każdy nasz demon skutecznie odbiera radość z życia. Chciałabym poradzić Wam jak się tym nie przejmować ale dziś jeszcze tego nie wiem. Jak tylko uda mi się znaleźć odpowiedź na pytanie to z pewnością się nią z Wami podzielę. Mogę jedynie powiedzieć, że jestem z Wami, wspieram i rozumiem bo wiem, przez co możecie przechodzić. Ta presja idealnego życia, pięknego Instagrama, nieskazitelnych zdjęć i grubego portfela powoli zaczyna mnie tak irytować, że mam ochotę wykupić ogromny billboard na środku Warszawy z napisem ŻYCIE TAK KURWA NIE WYGLĄDA. Może zrzucimy się razem na taki napis? Bez sensu wydamy pieniądze bo i tak nikt nas nie posłucha ale przynajmniej sobie ulżymy :)


To, co widzicie na zdjęciu powyżej to nie jest najgorszy stan. Powiedziałabym nawet, że jeden z lepszych bo łatwo można ukryć je pod makijażem. Najgorsze są odstające krosty, takich nie ma już jak zapudrować. Mało mam zdjęć prezentujących moją cerę bo zwyczajnie w świecie nie lubię sobie takich robić. Robię je tylko wtedy, gdy muszę wcześniej wysłać lekarzowi albo kosmetolog, nie chcę sobie psuć humoru. Nie zawsze jednak mam taką twarz. Bywają momenty, choć niesamowicie rzadkie, kiedy na twarzy nie ma ani jednej krostki a cera jest wręcz idealna. Zdjęcie poniżej zostało zrobione jakoś ponad miesiąc temu, kiedy moja cera była niczym jak u niemowlęcia. Może słabo widać ale mam tu na sobie jedynie matujący puder. 

Najgorzej goją się blizny ale to już moja wina bo niepotrzebnie rozdrapuję zmiany. Czy chciałabym pozbyć się problemu, mieć cudowną cerę i cieszyć się życiem bez makijażu? Pewnie tak. Czy to sprawiłoby, że byłabym szczęśliwszym człowiekiem. Nie wiem. Myślę, że nie. Kochać siebie i swoje ciało to nie problem, kiedy wyglądasz idealnie. Gorzej jest zaakceptować siebie ze swoimi wadami i niedoskonałościami, nauczyć się z nimi żyć i pogodzić się z tym, że życie nie zawsze sprawiedliwie rozdaje karty w pewnych kwestiach. Ale nie poddaję się, cały czas walczę. w Tym miesiącu robię specjalistyczne badania, które mam nadzieję pomogą mi określić przyczynę i zażegnać problem. Będę informować Was na bieżąco jak się sprawy mają. Zachęcam również do podzielenia się swoją historią w komentarzu. Wszystko przeczytam i postaram się coś poradzić
 w miarę swoich umiejętności psychologicznych :)
Węgry, czyli moja relacja z pobytu w Budapeszcie.

Węgry, czyli moja relacja z pobytu w Budapeszcie.

Biorąc pod uwagę Wasze zainteresowanie tematem podróżowania, wrzucam kolejnego posta na temat mojej małej wycieczki. Jakiś czas temu miałam okazję po raz pierwszy w życiu pojechać na Węgry. Budapeszt to zachwycające miejsce, z resztą przekonajcie się sami. My sami zostaliśmy zachęceni do wycieczki przez znajomych i jedno jest pewne, już chcemy tam wracać.
O stolicy.
Budapeszt, czyli stolica i największe miasto Węgier, przez wiele osób nazywane Paryżem Wschodu, położone nad Dunajem. Formalnie powstało w XIX wieku, w wyniku połączenia ze sobą dwóch miast: Budy i Pesztu. Budapesz od samego początku nas oczarował i nic dziwnego, w końcu jego historyczna część praktycznie w całości została wpisana na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Niestety, mieliśmy tylko dwa dni a to zdecydowanie za mało, aby zobaczyć wszystkie, warte odwiedzenia miejsca. Mam jednak nadzieję, że to co udało mi się zwiedzić zainteresuje Was do tego stopnia, że zdecydujecie się na wyjazd. Historyczną część Budapesztu spokojnie możecie zwiedzić na własnych nogach, bardzo odległe miejsca wymagają już jednak komunikacji miejskiej bądź rowerowej. Możecie w to nie uwierzyć ale w ciągu tych trzech dni zrobiliśmy 90 km (70 km pieszo + 30 km rowerem) po prostu zwiedzając. Trafiła nam się cudowna i bardzo słoneczna pogoda, więc wróciliśmy opaleni jak po tropikalnym urlopie.

Obowiązkowym punktem wycieczki do stolicy powinno być Wzgórze Zamkowe wraz z Zamkiem Królewskim. Idąc na zamek mieliśmy nadzieję, że czeka nas coś w stylu krakowskiego Wawelu. Niestety, został on bardzo zniszczony w trakcie wojny, wobec czego nie zachowały się królewskie apartamenty czy sale balowe, które tak bardzo lubię oglądać. Koniecznym punktem wycieczki jest również Plac Bohaterów, czyli pomnik poległych w I WŚ, Bazylika św. Stefana, Opera Narodowa czy najczęściej spotykany symbol Budapesztu- węgierski Parlament. Już sam budynek Parlamentu zapiera dech w piersiach. To największy i najwyższy budynek w stolicy, który warto zobaczyć w nocy. My zafundowaliśmy sobie nocną wycieczkę statkiem wzdłuż rzeki, dzięki czemu widok na miasto był jeszcze bardziej oszałamiający. Przy Dunaju jest mnóstwo statków wycieczkowych, których różnorodność jest ogromna. Możecie wybrać opcję rejsu z obiadem w cenie, pizzą i piwem, ludowymi tańcami, orkiestrą na żywo czy animacjami. My zdecydowaliśmy się na standardową opcję bez udziwnień, półtorej godziny rejsu to kwota 12,5 euro  od osoby (ok. 53 zł). Jeśli ktoś miałby ochotę wejść do środka Parlamentu to jest taka możliwość, są organizowane wycieczki z przewodnikiem, który oprowadza po salach głosowań. My niestety nie skorzystaliśmy z tej możliwości z powodu braku czasu. To jeden z tych powodów, dla których koniecznie muszę wrócić na Węgry.

W granicach miasta Budapeszt, na Dunaju, leży wyspa św. Małgorzaty. Ma 2,5 km długości i została sztucznie utworzona z trzech leżących obok siebie wysepek. Znajdują się na niej głównie hotele, obiekty sportowe, piękne fontanny i mnóstwo zieleni. Warto odhaczyć to miejsce, szczególnie dla tych, którzy potrzebują wypocząć od miejskiego zgiełku. Na słynną wyspę  można dotrzeć pieszo, statkiem albo rowerem. My odwiedziliśmy ją na rowerze miejskim Donkey Republic. Można go wypożyczyć w wielu różnych miejscach. Koszt to około 35 zł za 6 godzin. Cena jest wyższa niż w przypadku naszych warszawskich rowerów miejskich, jednak standard rowerów Donkey jest nieporównywalny.
Bardzo urzekły mnie hale targowe, na których sprzedawane są świeże warzywa i owoce, przyprawy, sery, pieczywo, wina, pamiątki. Można w nich również znaleźć urokliwe knajpki z jedzeniem czy piekarnie. Polecam każdemu spróbowania węgierskich wypieków, są niepowtarzalne. Nie mam pojęcia jak nazywały się ciastka, które jadłam, ale smakowały wyjątkowo. Hali jest kilka, najbardziej znana jest Centralna Hala Targowa, która z zewnątrz przypomina dworzec.

W końcu kilka słów o wzgórzu Gellerta. To przepiękne, liczące 235 metrów wzgórze, mieści się w samym centrum stolicy. Jego nazwa pochodzi od imienia biskupa misyjnego, który został zamordowany przez pogan właśnie w tym miejscu. Pomnik upamiętniający biskupa znajduje się tuż nad wodospadem i zwrócony jest w stronę mostu Elżbiety. Samo wzgórze to wspaniały punkt widokowy na całe miasto (szczególnie polecam wybrać się tam nocą, skąd widać przepięknie oświetlone mosty czy Parlament). Ważnym elementem wzgórza jest również Pomnik Wolności, powstały po II WŚ. Rzeźba przedstawia kobietę trzymającą w rękach gałązkę- symbol pokoju.
Nasz hotel.
Hotel Gellert to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich miałam okazję spać. Budynek w całości jest utrzymany w stylu secesyjnym, powstał w roku 1918 a najlepszą jego atrakcją są słynne na całym świecie łaźnie Gellerta z wodą termalną. Położony jest u samych stóp wspomnianego wyżej wzgórza, jedząc więc poranne śniadanie na hotelowym tarasie towarzyszy Ci widok na Dunaj i wzgórze, zapierający dech w piersiach. Kojarzycie może The Grand Budapest Hotel z Ralphem Fiennes`em? Wszyscy fani tego filmu koniecznie muszą odwiedzić hotel Gellerta, nigdzie nie poczujecie tak klimatu filmu jak właśnie w tym miejscu. Cena za noc w dwuosobowym pokoju waha się w okolicach 500 zł (w zależności od wielkości i usytuowania balkonu). My mieliśmy pokój z widokiem na Dunaj, więc pół nocy spędziliśmy na balkonie, zachwycając się widokiem. Jeśli planujesz wycieczkę do Budapesztu warto jest choć jedną noc spędzić w tym magicznym miejscu. Korzystanie z łaźni jest dużo tańsze dla gości hotelowych ( 9 euro), przepyszne śniadanie z ogromnym wyborem wliczone jest w cenę a doznania estetyczne bezcenne.

Gdzie zjeść lokalne jedzenie tanio i pysznie?
Szczerze polecam restaurację Frici Papa Kifozdeje, serwującą smaczną węgierską kuchnię. Kanjpa obiektywnie nie jest ładna, nie ma w niej stolików na zewnątrz, przypomina raczej bar z tanim i niskiej jakości jedzeniem ale to tylko złudzenie. Gościliśmy w niej dwa razy i za każdym razem było 100 % obłożenie, mieliśmy szczęście że nie przyszło nam stać w długiej kolejce. Zamówiłam gulasz węgierski z ryżem jaśminowym i ogórkiem kiszonym i nawet teraz, na samą myśl o tym daniu, cieknie mi ślinka. Za 5 euro zjesz pyszny, tradycyjny, węgierki obiad. Obsługują w niej przemili starsi panowie, którzy pomimo swojego wieku, dobrze mówią po angielsku więc bez problemu się dogadasz.

Obowiązkowym punktem wycieczki na Węgry jest skosztowanie kurtoszkołacza, czyli tradycyjnego drożdżowego smakołyku, wypiekanego na żywym ogniu. Dziś z łatwością kupisz go pod nazwą kołacz w miejscach turystycznych jak Zakopane czy Międzyzdroje ale nigdzie nie smakuje tak pysznie, jak w Budapeszcie (wiem, bo sprawdziłam). Polecam Wam opcję z cynamonem i kakao albo na słono, z buritto lub kiełbaską.

Lokalny przysmak: langosz. Długo zastanawiałam się, czy faktycznie mam na to ochotę ale stwierdziłam, że póki nie spróbuję to się nie dowiem. Specjał zdecydowanie nie dla mnie, ale warto zawsze zbierać nowe doświadczenia. Smażone na głębokim oleju ciasto jak do pączków, podawane ze śmietaną i startym żółtym serem (w wersji tradycyjnej) lub w wielu innych wariantach, łącznie z nutellą czy owocami. Mnóstwo tłuszczu i kalorii a smak praktycznie żaden. Ale spróbujcie i oceńcie sami. Langosz jest tani i można go dostać w większości barów szybkiej obsługi.


Ceny w Budapeszcie.
Są zbliżone do naszych polskich, szczególnie tych warszawskich czy krakowskich. Wiadomo, niektóre produkty są tańsze u nas a droższe tam i na odwrót, ale generalnie nie odczuwa się większej różnicy. Warto jednak płacić w lokalnej walucie (forint węgierski) ponieważ płacą w euro często kwota jest wyższa.

Jak się tam dostać?
Opcji jest wiele, warto sprawdzać loty w korzystnych cenach bo często można trafić coś atrakcyjnego za grosze. My wybraliśmy się autem z Krakowa, łącznie nie całe 400 km.

To tyle, jeśli chodzi o moją wycieczkę do Budapesztu. Koniecznie dajcie znać czy posta Wam się podobał i czy tego typu wpisy są przydatne. Jestem również ciekawa, kto z Was miał okazję zwiedzić tę stolicę? Dajcie znać w komentarzach. Wybaczcie proszę jakość zdjęć, niestety wszystkie robiłam telefonem ponieważ zapomniałam aparatu ale obiecuję, że poprawię się przy okazji kolejnych relacji.
Torcik od serca na Dzień Taty. Mocno czekoladowy, bardzo kokosowy i bez glutenu.

Torcik od serca na Dzień Taty. Mocno czekoladowy, bardzo kokosowy i bez glutenu.

Dzień Taty już za dwa tygodnie. 23 czerwca to dzień, w których wszystkie córki i synowie dziękują swojemu tacie za lekcje pływania, pomoc przy odrabianiu matematyki, za bycie złotą rączką i strażnikiem całego domu a przede wszystkim za ogromną miłość do mamy i nas samych. Zrobienie prezentu tacie nie jest takim łatwym zadaniem. Jeśli Twój tata nie należy do zwolenników mody, więc krawat czy koszula nie sprawią mu przyjemności a kwiatów nie lubi otrzymywać bo uważa, że to babskie, mamy dla Ciebie lepsze rozwiązanie. Nic nie cieszy tak bardzo jak prezent od serca, zwłaszcza ten, który temu sercu służy. Zamiast kupować sklepowe opakowanie Rafaelllo czy Merci przygotuj słodką pyszność własnoręcznie. Nasz tata uwielbiam wszystko co bardzo słodkie (w końcu słodzi kawę czterema łyżeczkami cukru i niestety nie potrafimy z tym walczyć) a ta opcja wypieku nawet jemu smakuje ! Torcik jest bardzo wilgotny w środku, intensywny w smaku a jednocześnie odżywczy, bo oparty na wartościowych produktach. Upiecz swojemu tacie nasz Torcik od Serca i przekonaj się sama, ile w nim miłości.
Czego potrzebujemy?
składniki na brązowe ciasto:
- trzy jajka
- trzy banany
- dwie puszki czerwonej fasoli
- tabliczka gorzkiej czekolady
- 9 łyżek masła klarowanego
- 3 łyżki kakao
- łyżeczka sody oczyszczonej
- pół szklanki ksylitolu (lub więcej, w zależności od preferencji)
- 100 g rodzynek
- płaska łyżeczka proszku do pieczenia

składniki na kokosową masę:
- 4 łyżki serka mascarpone
- 100 g wiórków kokosowych
- puszka mleczka kokosowego (część stała)
- 5-6 łyżek ksylitolu (lub więcej, w zależności od preferencji)

do ozdoby:
- świeże owoce

Jak to zrobić?
1. Piekarnik rozgrzej do temperatury 180 st.C
2. Fasolę dokładnie wypłusz, banany obierz ze skórki, czekoladę połam na kostki.
3. Wszystkie składniki na brązowe ciasto (z wyjątkiem rodzynek) przełóż do dużej miski i dokładnie zblenduj na gładką masę. Spróbuj ciasta i jeśli uznasz, że jest zbyt mało słodkie, dodaj więcej ksylitolu.
4. Do brązowej masy dodaj rodzynki, dokładnie wymieszaj.
5. Masę przelej do okrągłej tortownicy i wstaw do piekarnika na 30 minut a w trakcie pieczenia przygotuj kokosową masę.
6. Wszystkie składniki na masę kokosową dokładnie wymieszaj w dużej misce i wstaw do lodówki. Jeśli uznasz, że jest zbyt mało słodka, możesz dodać więcej ksylitolu.
7. Upieczone ciasto odstaw do całkowitego wystudzenia a następnie wstaw do lodówki na około godzinę.
8. Jeśli góra Twojego torciku upiekła się nierównomierne, tworząc górkę lub gródki, zetnij ostrym nożem wierzch tak, aby powstała równomierna i gładka powierzchnia, na która z łatwością nałożysz kokosową masę.
9. Wierzch tortu posmaruj schłodzona masą kokosową. Uwaga, ciasto musi być bardzo zimne, w przeciwnym razie masa zacznie się topić.
10. Torcik ozdób owocami. 
11. Przechowuj w lodówce.


Dajcie znać, czy przepis Wam się podoba. Jeśli tak to czekamy na jakieś piękne zdjęcia, które mogłybyśmy udostępnić na naszym Instagramie @siostrybukowskie A fotkę poniżej robiłam telefonem, na trzy sekundy przed pochłonięciem ciasta bo tak bardzo nie mogłam się doczekać. Dlatego jest dość mało wyraźne i niekoniecznie artystyczne, ale dokładnie obrazuje, jak wyglądają zdjęcia jedzenia gdy już bardzo masz na to coś ochotę.

Miłego weekendu !
Gdzie warto zjeść w Krakowie, czyli przepyszne śniadanie za 20 zł z kawą w cenie.

Gdzie warto zjeść w Krakowie, czyli przepyszne śniadanie za 20 zł z kawą w cenie.

Wasza żywa reakcja na naszą ostatnią relację na Insta Story odnośnie oszukanych knajp była tak duża, że nie mogłyśmy przejść obok tego tematu obojętnie. Musimy jednak coś sobie wyjaśnić - nie jesteśmy restauratorkami czy ekspertkami z zakresu żywienia zbiorowego, mamy jednak swoje własne (subiektywne) odczucia i przemyślenia na temat pewnych zwyczajów polskich restauracji. Nie godzimy się na korzystanie z półproduktów, sosy z torebki, keczup z opakowań zbiorczych, budyń z saszetki czy bitą śmietanę w sprayu. Jeśli płacisz za danie to masz prawo wymagać. Masz również prawo oddać jedzenie, jeśli coś Ci w nim nie pasuje a w interesie obsługi i właścicieli jest zrobić wszystko, abyś wyszedł zadowolony. Nie chodzi o to, aby każdy zachowywał się teraz jak kapryśny i rozmarudzony dzieciak, który chodzi i hejtuje licząc na to, że knajpa odpuści mu rachunek czy wręczy piwo w ramach rekompensaty. Tu chodzi o zwykłą uczciwość. Jeśli więc zostałeś dobrze obsłużony, wychodzisz z pełnym brzuchem i uśmiechem na twarzy to odwdzięcz się. Twoja pozytywna opinia wystawiona w sieci dużo znaczy dla restauratorów. To samo tyczy się sytuacji, gdy ewidentnie coś zawiodło. Pisząc o tym na forum pomożesz uniknąć innym osobom bezsensownego wydania pieniędzy. Wchodzisz w to ?

Żeby nie było, że na starcie już się czepiamy, zaczniemy o pozytywnej opinii. Jeśli jesteś z Krakowa lub wybierasz się tam w niedalekiej przyszłości to koniecznie zjedz śniadanie w restauracji Moment przy ulicy Estery 22 na krakowskim Kazimierzu!

Zacznijmy od tego, że Kazimierz to część Krakowa, która od powstania do początku XIX wieku była samodzielnym miastem a przez wiele wieków był miejscem, gdzie kultura chrześcijańska przenikała się z żydowską. Obecnie jest to obowiązkowy punkt do odhaczenia dla każdego turysty przybywającego do Krakowa i serce życia nocnego. Poza kawiarniami, restauracjami, hotelami, muzeami i pubami odbywają się tam również liczne festiwale jak Festiwal Kultury Żydowskiej czy Święto Chleba.

Jeśli więc zamierzasz zwiedzić tę historyczną część miasta, wpadnij na śniadanie do Momentu. Za 20 zł zjesz przepyszne śniadanko z kawą w cenie. Szczególnie polecam śniadanie energetyczne, w którego skład wchodzi awokado, łosoś, dwa jajka w koszulkach, sałatka, pieczywo, serek twarogowy, i słodki chlebek bananowy. Drugą propozycją, w szczególności polecam tę opcję weganom i wegetarianom, jest opcja wegańskiego śniadania z hummusem, warzywną pastą, pysznym pieczywem, sałatką z tofu i słodkim wegańskim deserkiem. To jak, zainteresowani?

Dajcie znać, jak podobał się wpis i czy chcecie więcej tego typu postów. Jest wiele miejsc, które chętnie Wam zarekomendujemy i tych, przed którymi ostrzegamy. A może są miejsca, przed którymi Wy chcielibyście ostrzec innych albo do których odwiedzenia możecie zachęcić? Śmiało piszcie w komentarzach!

Granica z Ukrainą. Moja relacja z wizyty we Lwowie.

Granica z Ukrainą. Moja relacja z wizyty we Lwowie.

W miniony weekend zrobiłam sobie mały wypad na Ukrainę, Marsi natomiast wybrała się do Sopotu, skorzystać z pięknej pogody. Za wszystkie wiadomości, od których pęka nasza skrzynka na Instagramie (@siostrybukowskie) serdecznie dziękujemy i obiecujemy, że jeszcze dziś otrzymacie odpowiedzi. Poniedziałki bywają bardzo okrutne i powinni wyciąć je z kalendarza, dlatego mój powrót do rzeczywistości postanowiłam delikatnie przesunąć. Dziś jeszcze małe lenistwo a korzystając z czasu wolnego, zapraszam na ten mały turystyczny wpis :)
Słowem wstępu.
Zacznijmy od samego początku, tak dla przypomnienia dla tych, którzy akurat tę lekcję historii opuścili. Lwów to miasto założone ok. 1250 r., przez króla Daniela Halickiego, który postanowił nazwać tak miasto od imienia swojego syna, Lwa. Przez lata to przepiękne miejsce przechodziło z rąk do rąk. Ostatecznie jednak, w roku 1387,  Jadwiga Andegaweńska przyłączyła Lwów do Korony Polskiej, dzięki czemu stał się on bardzo ważnym ośrodkiem królewskim. Miasto rozbudowywało się i wzbogacało dzięki temu, że znajdowało się na szlaku bałtyckim i czarnomorskim, którym co roku podróżowały tysiące kupców z całego świata. Kwitła kultura, nauka i sztuka, powstawały przepiękne budowle obronne i religijne, jednym słowem miasto marzeń. Warto jednak pamiętać o tym, że w tym czasie na terenie Lwowa w zgodzie żyli mieszkańcy wielu państw: Polacy, Rusini, Niemcy, Węgrzy, Ormianie czy Żydzi. Oczywiście z czasem ta kulturowa mieszanka polonizowała się, zachowując rzecz jasna własne obyczaje czy religię. W dwudziestoleciu międzywojennym Lwów był trzecim pod względem wielkości miastem w wolnej Polsce (zaraz po Warszawie i Łodzi), który w ponad 60 procentach zamieszkiwali Polacy. Niestety, podczas II WŚ sukcesywnie niszczono dokonania kultury i nauki polskiej a ludność masowo mordowano i zsyłano na Syberię. Po zakończeniu wojny Polaków wysiedlono, ich miejsce zajęli mieszkańcy z głębi ZSRR oraz Ukraińcy wysiedlani z Polski, a miasto znalazło się w granicach Związku Radzieckiego. W 1991r. Lwów wszedł w skład niepodległej Ukrainy a przekształcenia gospodarcze doprowadziły do kryzysu gospodarczego na wiele lat. Wybaczcie, że tak ekspresowo i niezbyt dokładnie ale zależało mi na ogólnym zarysie historii, nie chciałam zanudzać Was datami i imionami władców. 
Ceny na Ukrainie.
Dla nas, Polaków, Lwów jest miastem, który bardzo chętnie odwiedzamy ze względu na niskie ceny. Dla przykładu, kawa w restauracji w centrum miasta to ok. 4-5 zł, nocleg w kilkugwiazdkowym hotelu z basenem i wyżywieniem 200 zł, piwo w dobrej restauracji ok. 6-7 zł, dwudaniowy obiad z drinkiem w restauracji na rynku to koszt ok. 40-50 zł od osoby, pamiątkowy magnez w sklepiku obok popularnych zabytków to ok. 5 zł. Oczywiście są to ceny w miejscach typowo turystycznych, które i tak są bardzo niskie w porównaniu do cen warszawskich czy krakowskich. W sklepach spożywczych, w których zaopatrują się mieszkańcy ceny są dużo niższe. Przykładowo: batonik ok. 1.50 zł, chleb ok. 1.50 zł, Coca Cola 1,5 l ok. 2 zł, cukier 2,5 zł, piwo ok. 2-4 zł. Dla nas, Polaków, ze średnią pensją ok. 3 000 zł na miesiąc ceny te są bardzo niskie. Na Ukrainie również zarabia się ok. 3 000 ale hrywien, czyli jakieś 420 zł. Emerytura wynosi ok. 1200 hrywien (200 zł). Czy dzięki temu łatwiej jest Wam pojąć jak ciężko musi się żyć w tym kraju i dlaczego mieszkańcy masowo opuszczają swoje państwo w poszukiwaniu lepszego życia? Szczerze mówiąc mnie trudno jest pojąć kto i dlaczego tak bardzo utrudnia tym ludziom życie ale jedno jest pewne, komuś ten stan rzeczy musi być na rękę. 
Przejście graniczne. 
To chyba jedno z najprzykrzejszych zdarzeń, jakich doświadczyłam ostatnimi czasy. Uczestnicząc w tym procederze miałam wrażenie, że przeniosłam się do jakiejś innej epoki. Podczas pierwszego wjazdu autem do Lwowa może Was to przerosnąć, tak samo jak i nas. W pierwszej kolejności należy wiedzieć o tym, aby wybrać odpowiednią kolejkę. Nie jest to takie oczywiste dla osób, które ukraińską granicę przekraczają po raz pierwszy. Pas europejski, czyli dla osób z paszportem UE, oraz pas dla Ukraińców są tak słabo oznakowane, że zauważenie symbolu skojarzyło mi się z grą "Gdzie jest Wally".  Łatwo pomylić pasy z tego względu, że większość ukraińskich aut rejestrowanych jest na polskich tablicach. Dlaczego? Chodzi rzecz jasna o pieniądze. A to wszystko przez ogromne koszty sprowadzania aut z UE na Ukrainę. Sprowadzając auto starsze niż pięć lat trzeba zapłacić ok. 4000 euro akcyzy a zakup auta zarejestrowanego już a Ukrainie to również bardzo duży wydatek. Dlatego Ukraińcy dogadują się z poprzednim właścicielem, by ten zarejestrował samochód z nowym współwłaścicielem. Ta procedura również jest powodem tych ogromnych kolejek na granicy, bowiem zarejestrowane w ten sposób auto ma obowiązek cyklicznego wyjazdu z Ukrainy. Taki przejazd tak czy siak się zwraca, dzięki sprzedaży ukraińskich produktów po stronie Polskiej i odwrotnie. Ale wróćmy do przeprawy granicznej. Po zajęciu odpowiedniego pasa otrzymujemy jakąś dziwną, odręcznie zapisaną karteczkę z numerem rejestracyjnym naszego auta, następie oddajemy paszporty i dowód rejestracyjny oraz otwieramy bagażnik. Gdy otrzymamy je z powrotem (razem z tą dziwaczną karteczką), podjeżdżamy pod kontrolę ukraińską i przy okienku kontroli celnej ponownie przekazujemy dokumenty i szalenie ważną karteczkę, która po odebraniu jest już ostemplowana. Należy mieć przy sobie 2,5 zł w gotówce, tyle zawołano od nas za jakieś skserowanie dokumentów ale nie wnikajcie w szczegóły bo pojęcia nie mam o jakie ksero chodziło. Tak czy siak zabieramy swoje "zabawki"i kierujemy się do szlabanu przy budce ukraińskich żołnierzy. Oddajemy ostemplowaną karteczkę i opuszczamy przejście graniczne. Ufff.... już myślałam, że nie uda mi się tego opisać. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłam ale nie traktujcie tych informacji jak przewodnika bo w wyniku ogólnego wkurzenia, upału i kilku godzin wyczekiwania na swoją kolej mogło mi się coś pokićkać. Przejazd z Polski na stronę Ukraińską zajął nam (tylko) 4 godziny. W drug stronę było dwa razy gorzej, 8 godzin stania w kolejce! Cztery pasy aut poruszających się z prędkością 30 metrów co półtorej godziny. Możecie to sobie wyobrazić? Ponadto powszechny sposób na łapówki, które strażnicy celni chętnie pobierają od stałych bywalców granicy sprawiają, że jako turysta jesteś skazany na zniesienie jajka na tylnim siedzeniu.

Jesteśmy we Lwowie!
Nieprzyjemną część mamy już za sobą. Lwów sam w sobie jest miastem przepięknym, w którym jak dla mnie jest więcej polskości niż w niejednym rodzimym mieście.  Ślady Polskiego Lwowa można znaleźć na starych murach czy szyldach przedwojennych sklepików Urzekła mnie cudowna architektura, piękne kamienice i kościoły. Przyjazd tu jest jak podróż w czasie do fascynującego galicyjskiego miasta. Jeśli lubicie włóczyć się po urokliwych brukowanych uliczkach, smakować zimne piwo w przepięknych restauracjach na rynku  i zwiedzać zabytki to musicie odwiedzić to cudowne miasto. Do odhaczenia: rynek, opera, wzgórze zamkowe,  Aleja Wolności. 

Nasz hotel.
Weekend spędziliśmy w hotelu Kavalier Boutique Hotel. To jedna z najlepszych opcji w mieście jeśli chodzi o standard, według popularnych internetowych stron o hotelach. Hotel oferuje odkryty basen, kort tenisowy, piękną restaurację na świeżym powietrzu i wzgórze z widokiem na miasto. W cenie pobytu jest śniadanie (stół szwedzki z wyborem indywidualnych dań ciepłych podawanych do stolika przez kelnera) a w stylowo urządzonym pokoju czekają na nas szlafrok, zestaw kosmetyków czy darmowe napoje. Cena za dwuosobowy pokój na jedną noc to 250 zł, w zależności od wielkości i usytuowania balkonu. Polecam Wam skosztowanie dań w restauracji w ogrodzie. Ceny są tam wysokie (jak na Ukrainę) ale szczerze przyznaję, że dawno nie jadłam tak pysznych i precyzyjnie przyrządzonych potraw. Zamówiłam doradę z grilla, co prawda porcja była niewielka bo 150g i kosztowała około 30 zł i zupę dnia serową (10 zł) ale z ręką na sercu przyznaję, że była to jedna ze smaczniejszych kolacji w moim życiu. 
Gdzie zjeść?
Jeśli szukasz miejsca, gdzie zjesz tanio to bar mleczny Puzata Chata z pewnością Cię zadowoli. Ze względu na bardzo niskie ceny bar jest bardzo zatłoczony, jedzenie nie jest wykwintne i podawane z bemarów w formie samoobsługi ale ceny są śmiesznie niskie (kawa 3 zł, naleśniki 5 zł, zupa 5 zł), w szczególności polecam naleśniki na słodko. Wybór dań jest bardzo duży, obsługa miła a wystrój przyjemny dla oka więc osoby szukające taniego i smacznego jedzenia będą zadowolone.
Jeśli szukasz miejsca, w którym nie tylko zjesz ale również posiedzisz wieczorem w przyjemnym miejscu przy drinku czy sziszy to warto odwiedzić restaurację Veranda. Bardzo duży wybór drinków i alkoholi w rozsądnych cenach, świetna szisza, dobra muzyka, bardzo miła i szybka obsługa i smaczne potrawy. Za przystawkę w formie serów i orzechów, sałatkę z pieczonymi warzywami,  croissanta z szynką i serem, burgera z frytkami, dwie lampki prosecco, dużą butelkę wody i dużą sziszę zapłaciliśmy ok. 140 zł. 


Tyle na dzisiaj. Dajcie proszę znać czy moja relacja z podróży okazała się pomocna. Jeśli tak to chętnie będę robiła tego typu wpisy przy okazji kolejnych podróży. Jeśli byliście na Ukrainie i macie własne przemyślenia na temat tego państwa to również zachęcam do dyskusji w komentarzach.

Copyright © 2014 siostry bukowskie. , Blogger